23 października 2024r. ukaże się książka autorstwa Wojciecha Obremskiego i Daniela Koziarskiego "Żyło się", która skierowana jest do czytelników z sentymentem wspominających czasy PRL-u oraz pierwsze lata wolnej Polski. Jej autorzy przywołują wspomnienia związane z kultowymi komiksami, filmami, serialami oraz przedmiotami codziennego użytku, które były integralną częścią życia w tamtym okresie.

DANIEL KOZIARSKI (DK). Urodzony w 1979 roku, gdynianin, z zawodu prawnik, z zamiłowania pisarz i pasjonat komiksów. Jest autorem popularnego cyklu powieściowego „Socjopata" oraz współtwórcą komiksowej serii „Kapitan Szpic". Oprócz tego znany jest ze współpracy z Agnieszką Lingas-Łoniewską, z którą współtworzył powieści „Zbrodnie pozamałżeńskie" i „Klub niewiernych".
WOJCIECH OBREMSKI (WO). Urodzony w 1979 roku w Bydgoszczy, absolwent politologii i dziennikarstwa, wieloletni dziennikarz i rzecznik prasowy. Obremski jest autorem m.in. książki „Krótka historia sztuki komiksu w Polsce (1945-2003)" oraz publikacji poświęconych fenomenom popkultury. Jego dorobek literacki i dziennikarski jest szeroko znany wśród miłośników historii popkultury.
Obydwaj Panowie mają na swoim koncie wspólne wydanie trzech książek o tematyce komiksowej, które spotkały się z uznaniem czytelników. Są to: "Od Nerwosolka do Yansa. 50 komiksów z czasów PRL, które powinieneś przeczytac przed śmiercią", "Polch & Kowal. Od komiksów z PRL po legendy i science fiction", "Zatrzymane w kadrze. Komiksowi twórcy z czasów PRL".
Jednym z patronów medialnych w/w książki jest portal nostalgia.pl. Dało mi to możliwość zadania autorom niewygodnych :) aczkolwiek nostalgicznych pytań.
Pierwszą książką, będącą zbiorem nostalgicznych wspomnień były "333 popkultowe rzeczy" Bartka Koziczyńskiego. Później na rynku pojawiło się sporo takich pozycji nostalgicznych. Niedługo wejdzie Wasza książka "Żyło się". Czym, Waszym zdaniem, będzie wyróżniać się na tle innych pozycji nostalgicznych, które pojawiły się na rynku?
DK: Nie wiem, czy pozycja Koziczyńskiego była tutaj jakimś prekursorem, ale na pewno zapisała się złotymi zgłoskami w tego typu literaturze. My również się do niej zresztą nieraz odwołujemy. Nasza książka wyróżnia się formą – jest to swoiste połączenie leksykonu z bardziej osobistymi wspomnieniami. Taka formuła sprawdza się dobrze np. w telewizji brytyjskiej, gdzie wiele jest programów nostalgicznych uzupełnianych krótkimi pogadankami gości dodających do nich osobistego, zabawnego tonu. Mamy nadzieję, że taki miks w książce również stanowić będzie z punktu widzenia czytelnika ciekawy pomysł.
WO: Cechą wyróżniającą tę książkę jest nie tylko potraktowanie każdego z opisywanego w niej hasła z odpowiednim pietyzmem oraz rzetelnością, ale również to, że niemal wszystkie rozdziały zawierają nasze osobiste wspomnienia związane z danym zagadnieniem. A trzeba przyznać, że naprawdę miło było do nich wracać i otwierać kolejne szufladki, wypełnione naszymi prywatnymi echami tamtych lat.
Do tej pory w swoich książkowych publikacjach skupialiście się na komiksach. Książka "Żyło się" wkracza w zupełnie nowe tematy. Co Was skłoniło do rozszerzenia tematyki?
DK: Nie samym komiksem żyje człowiek. A tak na serio – mamy na koncie trzy wspólne książki. Są to leksykon komiksów PRL-u („Od Nerwosolka do Yansa: 50 komiksów z czasów PRL-u, które powinnoście przeczytać przed śmiercią”), biografia znamienitego komiksowego twórcy, której nam brakowało na rynku („Polch. Kowal od komiksów”) oraz zbiór rozmów z komiksowymi twórcami znanymi z czasów PRL-u i ich bliskimi, tam gdzie na rozmowę było już za późno („Zatrzymane w kadrze”). Trochę tych książek o komiksie PRL-u już wyszło w takiej czy innej formie, więc postanowiliśmy rozszerzyć nieco formułę wspólnego pisania odwołując się do szerzej rozumianej nostalgii. Ale spokojnie, komiksów w nowej książce, przy różnych okazjach, nie zabraknie.
WO: Jak widać po naszym dotychczasowym dorobku, naszym „konikiem” jest polski komiks z czasów PRL-u. Po trzech książkach, traktujących o opowieściach z dymkami z poprzedniego ustroju uznaliśmy, że czas na przerwę, że można przecież wziąć się za inne gałęzie popkultury. Ale tak jak mówi Daniel: w „Żyło się” również nie brak zagadnień okołokomiksowych. No i oczywiście w sprawie komiksów z PRL-u nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, jeśli chodzi o kolejne publikacje.
Obydwaj jesteście rocznik 1979. Jakie wspomnienia z lat 80. ukształtowały Was najbardziej? Co było kluczowe dla Waszego dzieciństwa?
DK: Jest ich tak dużo, że trudno skupiać się na jakichś wybranych czy wycinku czasowym. Ale chyba ważne jest to, że funkcjonowaliśmy w czasach szarzyzny i niedoboru, które sobie rozświetlaliśmy dzięki wyobraźni („Niech żyje wyobraźnia!”), przyjaźniom, małym-wielkim radościom takim jak najnowszy numer „Świata Młodych” zdobyty w kiosku czy kolejny komiks w kolekcji. A potem przyszły lata 90., zupełnie inne, ale również ciekawe, przebodźcowane, i o tym również jest ta książka.
WO: Rzeczywiście, tych wspomnień jest bez liku, co sprawiło, że pisanie „Żyło się” przychodziło nam z prawdziwą przyjemnością. Wiele z nich umieściliśmy w poszczególnych rozdziałach – jedne bawią, a inne wręcz szokują!

Autorzy książki. Wojciech Obremski (po lewej) i Daniel Koziarski (po prawej).
Zdjęcie to pochodzi z archiwum X z archiwum autorów.
Na dźwięk jakiego słowa ogarnia Was nostalgia i wracają wspomnienia z dzieciństwa? Co to było? Czy to była jakaś zabawka, komputer z grami czy może coś innego? Jakie przedmioty, miejsca lub dźwięki najbardziej przywołują w Was tęsknotę za dzieciństwem?
DK: Trudno, będę nudny – komiks. Może dlatego ludzie w naszym wieku, mimo zaawansowanych czterdziestek, pięćdziesiątek czy nawet sześćdziesiątek, tak chętnie sięgają po wznowienia komiksów z czasów PRL-u, mimo że przeczytali te komiksy w poprzednich wydaniach dziesiątki razy. Ale dzieciństwo to szerszy obraz wspomnień niż ten, który wynika z rzeczy – to także ludzie, których często już nie ma, przeżycia, których intensywności już nie doświadczymy czy poczucie beztroski i nieograniczonego czasu, które wymazała dorosłość.
WO: Ja zaś nie będę oryginalny: również komiks. Wystane w kolejce, upolowane kolejne tomy z przygodami naszych ulubionych bohaterów, czy też czytanie z wypiekami na twarzy ostatniej strony „Świata Młodych” – między innymi właśnie to sprawiło, że moje dzieciństwo w szarych czasach PRL-u zostało ubarwione.
Czym bawiliście się w dzieciństwie? To były zabawy w domu czy może też z kolegami na podwórku?
DK: I jedno, i drugie. Żołnierzyki, gry planszowe, później komputerowe, dobra książka, kino. Była też piłka, małe podwórkowe wojny… Mieliśmy może czasem mały wybór, ale potrafiliśmy stworzyć sobie wielkie możliwości – dzięki bliskim, przyjaciołom, znajomym. Nie ograniczaliśmy się. Byliśmy geekami na miarę dawnych czasów, ale i podwórkowymi wariatami.
WO: W domu – przeważnie czytanie. I to od najmłodszych lat. Miało się oczywiście typowe dla tamtych czasów zabawki, ale nie pamiętam, bym do którejś się jakoś szczególnie przywiązał. Za to wszelkiego rodzaju seriale dla dzieci i młodzieży, komiksy, publikacje Ożogowskiej, Niziurskiego czy Bahdaja – jak najbardziej.
W książce tej znajdziemy również sporo opisów filmów i seriali z tamtego okresu. Które z nich, powstałych w latach 80. i 90. mają dla Was szczególne znaczenie? Czy macie wspomnienia związane z ich oglądaniem w kinie lub telewizji?
DK: Moje najlepsze wspomnienia wiążą się z nieistniejącym kinem Aurora w Rumi, w którym widziałem wielkie filmowe hity z serii o Bondzie, Indianie Jonesie czy z rodzimego podwórka - Panu Kleksie, „Niekończącą się opowieść”, „Gremliny rozrabiają”, kilka części „Crittersów”, „Obcego” itd. Nikt nie przejmował się kategoriami wiekowymi, ale z wielkim apetytem konsumował te bywa wielkie, bywa głupawe produkcje, które docierały do Polski nieraz ze sporym opóźnieniem. A jednocześnie trwał szał kaset video i wąsaci panowie-handlarze ze swoich aut czy potem wypożyczalnie, zapewniały rozrywkę całym rodzinom. No i wreszcie pojawiła się kablówka ze swoją różnorodnością, która przytłaczała - tak jak obecnie przytłacza oferta niektórych serwisów streamingowych. Dla każdego coś miłego - jedni skupiali się na amerykańskich serialach, inni na niemieckich filmach nadawanych po dwudziestej trzeciej.
WO: Było tego trochę i nie przeszkadzał fakt, że większość z owych produkcji obejrzało się ze sporym poślizgiem, względem oryginalnej premiery. Cóż, takie były czasy. Jako przykład mogę podać „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, których pierwszy raz pochłonąłem w sylwestrowy wieczór roku 1991 (film emitowała telewizyjna „Jedynka”). Jeśli chodzi o kino, mam sentyment do „Gremlinów”, które, kilka lat po premierze amerykańskiej, wyświetlały polskie kina. Szaleję za „Willowem” – kawał dobrego fantasy, wyprawa do kina na ten film to było przeżycie nie z tej ziemi. Uwielbiam trylogię „Powrót do przyszłości”, której pierwsze dwie części obejrzałem w święta i Nowy Rok, w 1994 roku, Resztę załatwiały wszędobylskie wypożyczalnie kaset video, w których nie brakowało klasyki lat 80. i – w miarę upływu czasu, premierowych pozycji.
Wróćmy na chwilę do komiksów. Na ekranach kin pojawi się film "Smok Diplodok" na motywach komiksów Tadeusza Baranowskiego. Taka próba przeniesienia komiksu jest zazwyczaj dużym wyzwaniem. W latach 80-tych i 90-tych mieliśmy próbkę przeniesienia przygód Tytusa Romka i A’Tomka oraz Profesorka Nerwosolka, który ostatecznie nie pojawił się w telewizji a na płytach CD / DVD i był dodatkiem do niektórych albumów Pana Baranowskiego. Ostatnio dobre wrażenie zrobił na mnie Kajko i Kokosz zrobiony dla Netflixa. Dużo się też mówiło o nakręceniu filmu z Funky Kovalem (liczę, że dojdzie prędzej czy później do realizacji). Teraz czekamy na Diplodoka. Czy przenoszenie komiksów na ekran (kinowy lub telewizyjny) to według Was dobry pomysł? Jakie inne komiksy widzielibyście w formie filmowej lub animowanej?
DK: Wszyscy chyba cieszymy się perspektywą przeniesienia twórczości Baranowskiego na duży ekran, ale i boimy, że jego cudowny, purenonsensowy humor choć w sumie uniwersalny, albo zostanie pominięty, albo ucierpi na tej adaptacji bardziej adresowanej jednak do młodszych widzów niż starych sentymentalnych pryków w naszym rodzaju. Boimy się zatem pewnej trywializacji Baranowskiego po prostu. Uważam, że również i inne starsze polskie komiksy mają potencjał filmowo-serialowy – kwestia, jak do tego podejść, żeby nie potraktować tego materiału pretekstowo z jednej strony, z drugiej zaś mieć jednak na uwadze upływ czasu. (Ja natomiast nie obraziłbym się, gdyby ktoś postanowił zrobić ze współtworzonego przeze mnie „Kapitana Szpica” ekranizacji w rodzaju „Nagiej broni”).
WO: Czy dobry pomysł? I tak, i nie. Weźmy jako przykład Francuzów. Oni potrafili zrobić animowanego „Asteriksa” czy „Lucky Luke’a” dość wiernie trzymając się oryginalnych komiksów (zarówno pod względem scenariuszowym, jak i animacji). U nas dobre początki miał rysunkowy „Tytus, Romek i A’Tomek” (nie mylić, broń Boże, z pełnometrażowym filmem z 2002 roku), ale skończyło się na dwóch krótkich odcinkach. Dobrze zapowiadały się kreskówki na podstawie komiksów Tadeusza Baranowskiego – również nie powstał serial. A co do netflixowego „Kajka i Kokosza”… Cóż. Zdaję sobie sprawę, że po śmierci Janusza Christy trudno byłoby odtworzyć podobne rysunki, co w komiksach. Jednak można było lepiej pochylić się nad scenariuszem – zamiast fajnych, długich historii, na podstawie albumów komiksowych, powstał zlepek kilkunastu, króciutkich odcinków, przeznaczonych raczej dla młodszego odbiorcy. Przykład? Jak można było, jak by nie patrzeć, monumentalną historię „Złoty puchar” zmienić w kilkuminutowy, infantylny epizod? W dodatku odarty całkowicie z charyzmy i wręcz dramatyzmu, jakie towarzyszyły oryginałowi? Tego wprost nie mogę pojąć. Patrząc na efekt „Kajka i Kokosza” nie jestem pewien, czy dobrze by było, żeby powstały od dawna zapowiadane filmy o Funkym Kovalu czy Thorgalu.
Czy planujecie wydanie kolejnych swoich wspomnień i refleksji? To będzie powrót do komiksów czy może będzie to różnorodna tematyka jak w książce "Żyło się"?
DK: Jeśli nasza nowa książka osiągnie wymierny sukces, to możemy jeszcze te wspomnienia pociągnąć w kolejnej części – haseł i materiałów wszak nie brakuje. Jeśli zaś nasłuchamy się raczej krytycznego gderania w stylu: „Ile można się bawić w tego typu nostalgię?”, to wówczas być może powrócimy jeszcze do świata komiksu albo zaskoczymy czymś z zupełnie innej beczki.
WO: Świat popkultury jest praktycznie nieograniczony, tak jak spektrum haseł, podobnych do tych z „Żyło się”. Dlatego zgadzam się z Danielem: albo dalszy ciąg, zawierający kolejne zagadnienia (niekoniecznie z tego samego okresu), albo znowu komiks. Czy tylko ten z PRL-u? To też nie jest do końca przesądzone.
Dziękuję za wywiad.