Kartka z kalendarza na 1 Maja

1 Maja w PRL – święto ludzi, święto systemu

W czasach Polski Ludowej 1 Maja był czymś więcej niż tylko Świętem Pracy. W kalendarzu PRL-u zajmował miejsce szczególne, bowiem obok Święta Odrodzenia zwanego przez niektórych "urodzinami PRL-u", nazywany był "imieninami Polski Ludowej". Obchodzono go z rozmachem, propagandowym sznytem, ale i z dziecięcą radością oraz z nutą autentycznej wspólnotowości, jakiej dziś brakuje.

Pochód pierwszomajowy na ulicy Marszałkowskiej

Wielkie przygotowania

Już na kilka tygodni przed świętem rozpoczynała się medialna kampania. Gazety i telewizja budowały atmosferę społecznego zaangażowania. W miastach montowano dekoracje, rozwieszano flagi — obowiązkowo biało-czerwone, ale też czerwone szturmówki. I tylko milicja czuwała, by nikt nie zapomniał ich wywiesić, a po 1 maja równie skrupulatnie egzekwowano ich zdjęcie — by, broń boże, nie wisiały 3 maja, w dniu nieuznawanym przez władze PRL.

W szkołach i zakładach pracy robiono papierowe kwiaty z bibuły, przygotowywano transparenty z hasłami zaczerpniętymi z oficjalnych broszur, ćwiczono ustawianie sektorów. Dzieci uczyły się skandowania rymowanych okrzyków, harcerze zakładali mundurki, a każdy wiedział, że obecność „będzie sprawdzana”.

Dzieci na pochodzie pierwszomajowym

Pochód — obowiązek i atrakcja

Pierwszomajowy pochód był spektaklem, zrealizowanym według ściśle ustalonego scenariusza. Na jego czele maszerowali partyjni notable, przodownicy pracy w szarfach, robotnicy z narzędziami w dłoniach, lekarze w kitlach, górnicy w czapkach z piórami. Szli sportowcy, uczniowie, młodzież i dzieci. Przed trybuną honorową zawsze pojawiało się dziecko w stroju ludowym, które wręczało kwiaty I sekretarzowi – często… łodyżką do góry.

Niektóre grupy niosły specjalnie przygotowane platformy przedstawiające scenki z życia robotników, lekarzy czy pracowników biurowych. Wszystko miało pokazać siłę i radość społeczeństwa socjalistycznego.

Nawet ściśle opracowany program pochodu czasami wymykał się spod kontroli. Słynne starcie pielęgniarek i studentów był tego przykładem. Otóż kiedy przed trybuną honorową przechodziły pielęgniarki jednej ze szkół medycznych to spiker dał się przez megafony: "NIECH ŻYJĄ PIELĘGNIARKI!!", a studenci idący zaraz za nimi wrzeszczeli:"... ZE STUDENTAMI!!!".

Pielęgniarki na pochodzie pierwszomajowym

Także niekończące się relacje sprawozdawców dla telewizji i polskiego radia zapadały w pamięci. Ot takie stwierdzenie: "Wola już przeszła, a Ohota jeszcze nie nadeszła". Niby nic wielkiego ale od razu ludzie podchwycili to i narodziła się kolejna anegdota, którą sobie potem opowiadano.

Dziecięca radość i wspomnienia

Dla dzieci pierwszomajowy pochód był wielkim wydarzeniem — nie zawsze zrozumiałym, ale zawsze barwnym. Wspominano poranne przemarsze orkiestry górniczej pod oknami, dekorowanie klas, szykowanie stroików i machanie chorągiewkami. Dla wielu dzieciaków największą atrakcją był moment, kiedy można było zobaczyć w telewizji kogoś znajomego – albo nawet samego siebie.

Święto, które kończyło się watą cukrową

Po pochodzie przychodził czas na odpoczynek – i nagrodę. Na stadionach i w parkach organizowano festyny: wata cukrowa, saturator z sokiem, kiełbaski z rożna, a czasem nawet kubańskie pomarańcze czy „prawdziwa” czekolada. Były konkursy, nagrody, komiksy i paczki landrynek. Dla dzieci — raj. Dla dorosłych – możliwość złapania oddechu od szarości codzienności. Dla wielu uczestników festyny były równie ważne jak sam pochód, a czasem nawet ważniejsze.

Jeden ze świadków tak wspomina zakończenie pochodu:

"Nagle podjeżdżały nyski: jedna z butelkami piwa i oranżady, druga z produktami żywnościowymi, a trzecia z artykułami przemysłowymi. I zaraz kobiety rzucały się do tych samochodów. Pamiętam, że mama kupowała wtedy czekoladę, bo ta z nysek była "prawdziwa i bez kartek" i batoniki z damą w żółtej sukni. A z tego drugiego samochodu kupowała dla siebie lub dla mnie jakąś bieliznę. A pan Edek w czerwonym krawacie rozdawał już nie flagi, tylko balony (rarytas dla dzieciaków z PRL)".

A po całym dniu wracano do domu, gdzie w telewizji można było obejrzeć film z Belmondo albo z Bardotką lub amerykański western.

Dzieci z chorągiewkami pierwszomajowymi

Między obowiązkiem a szczerym uśmiechem

Choć dziś często mówi się o „przymusowych pochodach”, wiele wspomnień pokazuje bardziej złożony obraz. Była presja – szczególnie w zakładach pracy i szkołach – ale była też pewna radość, oczekiwanie, wspólnota. Z kronik filmowych i zdjęć wyłaniają się twarze nie przymuszone, lecz uśmiechnięte. Dla wielu był to jeden z nielicznych dni w roku, gdy można było być częścią czegoś większego – choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to nieco groteskowe.

Powrót do lat dzieciństwa