(aka Szalona Misja / Aces Go Places)

Sobota, późny wieczór. Rodzice już śpią, a my po cichu siedzimy jeszcze przed telewizorem. Jest grubo po 23.00, zaczyna się sobotnie kino nocne, a z głośników płynie melodia, której po latach wystarczy kilka nut, by znów przenieść się do 1987 roku. Tak wielu z nas poznało hongkoński film „Mad Mission”, pokazany w Polsce pod tytułem „Wielki skok”.
Pewnie wielu z Was już tego obrazu nie pamięta (seria liczyła w sumie pięć części), a dzięki ówczesnym władzom mogliśmy zobaczyć tylko trzy z nich. Za to melodia przewodnia – ta piosenka, która wpadała w ucho od pierwszych nut – potrafi nagle otworzyć szufladkę z wspomnieniami. Ale po kolei…

Film pochodził z Hongkongu, przynajmniej w tych częściach, które prezentowała nam telewizja. Była to mieszanka gagów, zwariowanej akcji i lekkiego puszczania oka do filmów o Jamesie Bondzie, a momentami także do przygód nieporadnego inspektora Clouseau. Oto bowiem mamy sprytnego, sprawnego i wysportowanego włamywacz King Kong, który wraz z nieco gamoniowatym detektywem ze Stanów Zjednoczonych – Albertem „Łysym” Au – łączy siły, by odnaleźć skradzione diamenty, zanim trafią one do rąk gangstera o pseudonimie „Biała Rękawiczka”. A gdy do tego duetu dorzucimy jeszcze porywczą sierżant Nancy Ho, możemy być pewni, że akcja wymknie się spod jakiejkolwiek kontroli.

Postać głównego bohatera - King Konga - to oczywiście nawiązanie do Jamesa Bonda, który potrafił wyjść z każdej opresji oraz posiadał w zanadrzu arsenał gadżetów, którymi utrudniał życie swoim wrogom. Nie byłem zresztą jedyny, który początkowo brał Sama Huia za Jackie Chana. Podobny sposób poruszania się, popisy kaskaderskie i komediowy styl sprawiały, że łatwo było o taką pomyłkę.

Postać amerykańskiego detektywa to wyraźne nawiązanie do słynnego Clouseau. W filmie aż kipi od aluzji do pechowego inspektora, który w chwili kręcenia „Mad Mission” (1982) już nie żył – Peter Sellers zmarł w 1980 roku. Jego „następca” również ma wyjątkowy talent do wpadania w tarapaty, choć trzeba przyznać, że oryginalny Clouseau miał w sobie jeszcze odrobinę więcej uroku.
Amerykański detektyw nosi przydomek „Kodojack”, co trudno uznać za przypadek. Łysa głowa i charakterystyczny pseudonim są wyraźnym mrugnięciem oka do popularnego wówczas serialowego Kojaka.

Między Samem Hui a Karlem Maką widać świetną chemię – na ekranie tworzą duet zgrany, zabawny i bardzo „do polubienia”. Temperamentu dodaje im sierżant Nancy Ho, grana przez Sylvię Chang, która potrafi w jednej chwili wybuchnąć, a w następnej rozbroić sytuację humorem. A na deser możemy obejrzeć całą kolekcję gadżetów King Konga: od latawców po miniaturowe, wybuchające samochodziki wyścigowe.

„Wielki skok” to remake brytyjskiego filmu „Och, jaki pan szalony” z 1972 roku. Twórcy nie kopiowali jednak oryginału scena po scenie. Potraktowali go raczej jako punkt wyjścia do stworzenia własnej, znacznie bardziej zwariowanej wersji.
Oryginału nie widziałem, więc trudno mi go porównywać, ale pamiętam doskonale pierwsze zetknięcie z „Mad Mission” w latach 80. – na ekranie telewizora robił ogromne wrażenie. Było tu wszystkiego po trochu: humor, akcja, szalone pościgi i efektowne popisy kaskaderskie. Wiele scen przywołuje skojarzenia z innymi filmami – choćby pościg podczas spektaklu „Jeziora łabędziego”, będący oczywistym ukłonem w stronę „Nocy w operze” Braci Marx (mnie osobiście przypomniała się wtedy „Czacha dymi”).

Film ten zdobył taką popularność, że w latach 80. doczekał się jeszcze czterech kontynuacji (ostatnia część powstała w 1997 roku), a każda kolejna próbowała przebić poprzednią – więc naprawdę jest do czego wracać.
Jak wspomniałem na początku, wielu osobom ten film kojarzy się przede wszystkim z melodią przewodnią i piosenką, którą śpiewa sam Sam Hui, filmowy King Kong. Wystarczy kilka pierwszych taktów i nagle znowu jest późny wieczór, telewizor szumi, a my siedzimy po cichu, żeby nie obudzić domowników.
Jeżeli nigdy nie widzieliście „Wielkiego skoku”, warto dać mu szansę. A jeśli oglądaliście go w sobotnie wieczory pod koniec lat 80., wystarczy uruchomić czołówkę. Jest spora szansa, że po kilku sekundach znów poczujecie atmosferę tamtych telewizyjnych, nocnych seansów.
