kolorowy świat za dolary i bony

Logo Peweksu

Były w PRL sklepy, do których chodziło się niekoniecznie po to, żeby coś kupić. Czasami wystarczało popatrzeć. Za szybą leżały rzeczy znane z zagranicznych filmów, przysyłanych przez rodzinę paczek albo opowieści tych, którzy mieli szczęście wyjechać na Zachód. Kolorowe puszki, słodycze, zabawki, kosmetyki, dżinsy, sprzęt elektroniczny. Wszystko wyglądało trochę tak, jakby ktoś kawałek innego świata przeniósł nagle do szarej rzeczywistości PRL.

Takim miejscem był Pewex.

Sklep inny niż wszystkie

Pewex pojawił się w Polsce w pierwszej połowie lat 70. i szybko stał się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów handlu w PRL. Jego idea była dość prosta. Państwo potrzebowało dewiz znajdujących się w rękach obywateli, a w zamian oferowało towary, których w zwykłych sklepach często nie można było dostać.

Wnętrze sklepu Pewex

Za zakupy płaciło się walutami wymienialnymi, przede wszystkim dolarami, oraz bonami towarowymi PeKaO. Te ostatnie dla wielu Polaków były namiastką dolarów – wyglądały jak pieniądze i można było za nie kupować towary niedostępne za zwykłe złotówki.

Oferta Pewexów była bardzo różna. Obok zagranicznych papierosów, alkoholi, kawy, czekolady czy kosmetyków można było znaleźć dżinsy Levi's, zabawki Matchbox i LEGO, lalki Barbie, kasety BASF i TDK, a z czasem również magnetowidy, telewizory, sprzęt audio czy komputery Atari.

Bywały tam także dobrej jakości towary polskie, które znacznie trudniej było znaleźć w normalnym handlu.

Pachniało Zachodem

W wielu wspomnieniach dotyczących Pewexu powtarza się rzecz, której nie pokaże żadna fotografia – **zapach**.

Wnętrze sklepu Pewex

Po wejściu do sklepu mieszały się aromaty kawy, kakao, perfum, kosmetyków i papierosów. Do tego dochodziły kolorowe opakowania i półki pełne towarów. Dla kogoś przyzwyczajonego do zwykłych sklepów, w których często więcej było pustego miejsca niż produktów, kontrast musiał być ogromny.

Po latach niektórzy wspominają wręcz, że w Pewexie „pachniało światem”.

Dla dzieci tym światem były przede wszystkim słodycze i zabawki. Gumy Donald z historyjką w środku, Coca-Cola, czekolady Milka, batony Mars, Nutella. Do tego samochodziki Matchbox, klocki LEGO czy Barbie.

Nie zawsze można było je kupić. Można było za to przyjść i popatrzeć.

Jeden z internautów wspominał, że jako chłopiec chodził z kolegami do częstochowskiego Pewexu oglądać LEGO, Matchboxy i sprzęt RTV. Samo oglądanie wystarczało, żeby przez chwilę pomarzyć.

Ile kosztowały marzenia?

Ceny z Peweksu

Ceny podawano w dolarach i centach. Z zachowanych cenników i wspomnień wynika, że guma Donald mogła kosztować około 25–30 centów, puszka Coca-Coli około 35 centów, baton Mars około 30 centów, a tabliczka czekolady Milka około 65 centów. Za słoik Nutelli trzeba było zapłacić w okolicach dwóch dolarów.

Znacznie poważniejszym wydatkiem były oczywiście dżinsy, elektronika czy sprzęt RTV.

Same liczby nie oddają jednak tego, ile te produkty naprawdę kosztowały przeciętnego Polaka. Oficjalny kurs dolara miał niewiele wspólnego z jego rzeczywistą wartością. Dewizy pochodziły często od rodziny mieszkającej za granicą albo kupowano je nieoficjalnie.

Dlatego nieodłącznym elementem krajobrazu wokół Pewexów stali się cinkciarze.

Cinkciarze

– Dolary kupię, dolary sprzedam...

Dla jednych byli sposobem na zdobycie waluty potrzebnej do zakupów, dla innych symbolem absurdów ówczesnego systemu gospodarczego.

Liczyła się nawet torba

Zakup w Pewexie miał jeszcze jedną wartość – można było go **pokazać**.

We wspomnieniach pojawia się charakterystyczny brązowy papier z logo Pewexu, w który pakowano towary. Dziś papier czy torbę ze sklepu wyrzucamy bez zastanowienia. Wtedy samo niesienie ulicą paczki z napisem PEWEX mogło być powodem do dumy.

Torba z Peweksu

Podobnie było z opakowaniami.

Puszka po zachodnim napoju, pudełko po kosmetyku czy papierosy w efektownej paczce nie zawsze kończyły od razu w śmieciach. Zachodnie opakowania były kolorowe, inne i zwyczajnie ładne. Zdarzało się, że puste puszki ustawiano później na półkach czy meblościankach jako ozdobę.

Sam mam z Peweksem związane trochę nietypowe – i niezbyt higieniczne – wspomnienie.

Od czasu do czasu chodziłem na tyły sklepu, gdzie znajdował się śmietnik. Szukałem tam wyrzuconych paragonów kasowych i nazbierałem ich całkiem pokaźny zbiór. Podobne wyprawy urządzałem podczas pobytów u cioci w Warszawie, gdzie interesowały mnie śmieci wyrzucane przez Baltonę. Jakieś pudełka, opakowania i inne drobiazgi, które dla dzieciaka mogły być wtedy małym skarbem.

Szkoda, że nie przyszło mi do głowy przepisać cen z tych paragonów. Dzisiaj miałbym autentyczny cennik Pewexu z tamtych czasów.

„Poproszę o azyl polityczny”

Wnętrze Peweksu

Pewex był na tyle charakterystycznym elementem PRL, że trafił również do ówczesnych dowcipów. Krążył między innymi taki:

– Jaki jest szczyt roztargnienia?
– Przeskoczyć przez ladę w Peweksie i poprosić o azyl polityczny.

Żart był czytelny właśnie dlatego, że przekroczenie drzwi Pewexu rzeczywiście mogło sprawiać wrażenie przekroczenia niewidzialnej granicy.

Po jednej stronie były kolejki, kartki, puste półki i wieczne pytanie „co dziś rzucili?”. Po drugiej – Coca-Cola, zagraniczna kawa, czekolady, dżinsy, zabawki i elektronika.

Oczywiście Pewex nie był żadnym rajem. Był raczej jednym z najbardziej widocznych paradoksów PRL. Państwo, które oficjalnie nie rozpieszczało obywateli dostępem do obcych walut, samo prowadziło sklepy, w których właśnie za te waluty sprzedawało najbardziej pożądane towary.

Kawałek Zachodu za szybą

Pod koniec lat 80., a szczególnie po zmianach gospodarczych początku następnej dekady, Pewex zaczął tracić swoją niezwykłość. Towary, które wcześniej można było znaleźć niemal wyłącznie za dolary, coraz częściej pojawiały się w zwykłych sklepach. Zachodnie marki przestały być czymś egzotycznym.

Kolejka przed Peweksem

I chyba właśnie dlatego trudno dziś wytłumaczyć młodszym, czym naprawdę był Pewex.

Nie wystarczy powiedzieć, że był sklepem, w którym płaciło się dolarami i bonami. Trzeba pamiętać o dzieciach stojących przed półką z LEGO, o Donaldzie kupionym za kilkadziesiąt centów, o charakterystycznym zapachu kawy i perfum, o cinkciarzu kręcącym się przed wejściem, o brązowym papierze z logo, a nawet o pustym zagranicznym pudełku, którego szkoda było wyrzucić.

Bo do Pewexu rzeczywiście chodziło się na zakupy.

Ale czasem chodziło się tam również "po prostu pomarzyć".