ostatnie godziny przed Powstaniem Warszawskim

1 sierpnia 1944 roku. Warszawa żyje jeszcze pozornie zwyczajnym rytmem okupowanego miasta. Ludzie chodzą ulicami, otwarte są sklepy, przejeżdżają tramwaje. Ale pod powierzchnią codzienności dzieje się coś niezwykłego. Po mieście krążą łącznicy. Z mieszkań i bram wychodzą młodzi ludzie, którzy kierują się do wyznaczonych wcześniej punktów. Przenoszona jest broń, kompletowane są oddziały.
Wiadomość jest krótka:
**Godzina „W” – siedemnasta.**
Za kilka godzin rozpocznie się Powstanie Warszawskie.
I właśnie o tych kilku godzinach opowiada nakręcona w 1979 roku **„Godzina »W«” Janusza Morgensterna**. Film niezwykły również dlatego, że właściwie kończy się dokładnie tam, gdzie większość filmów wojennych dopiero by się zaczęła.

**Zanim padną pierwsze strzały**
Nie ma tutaj wielkich scen batalistycznych, eksplozji ani widowiskowej walki. Kto oczekuje obrazu przypominającego współczesne „Miasto 44”, może być zaskoczony.
Morgensterna interesuje coś zupełnie innego.
**Oczekiwanie**
Napięcie rosnące z każdą kolejną minutą. Podniecenie młodych ludzi, którzy po niemal pięciu latach okupacji wreszcie mają otwarcie chwycić za broń. Nadzieja, że właśnie nadchodzi moment, na który tak długo czekali.
Film trwa zaledwie około 75 minut i obejmuje tylko fragment jednego dnia – 1 sierpnia 1944 roku.

Już przed południem w Warszawie rozpoczyna się wzmożony ruch. Łącznicy przekazują rozkaz rozpoczęcia walk o godzinie 17.00. Oddziały Armii Krajowej koncentrują się w wyznaczonych punktach, przewożona jest ukrywana wcześniej broń.
W jednym z takich miejsc zbiera się pluton dowodzony przez „Czarnego”. Jego ludzie mają zaatakować niemieckie koszary.
Plan przewiduje wsparcie drugiego plutonu.
Wsparcie jednak nie nadchodzi.
Tuż przed rozpoczęciem akcji staje się jasne, że atak trzeba będzie przeprowadzić znacznie mniejszymi siłami, niż zakładano. Ryzyko jest ogromne. Rozkaz pozostaje jednak rozkazem.
A wskazówki zegara nieubłaganie zbliżają się do siedemnastej.
Chłopcy z tamtych lat
Scenariusz filmu powstał na motywach opowiadania **Jerzego Stefana Stawińskiego**, uczestnika Powstania Warszawskiego, który walczył na Mokotowie. Stawiński opublikował je w 1956 roku, nadając historii formę zbeletryzowanego reportażu.

Nie był to zresztą jedyny tekst Stawińskiego poświęcony Powstaniu. Jego „Kanał” stał się podstawą scenariusza słynnego filmu Andrzeja Wajdy.
Janusz Morgenstern postanowił zachować możliwie dużą wierność literackiemu pierwowzorowi „Godziny »W«”. Nad wiarygodnością historyczną filmu czuwali także historyk Tomasz Szarota, autor „Okupowanej Warszawy dnia powszedniego”, oraz Lech Cergłowski – były żołnierz powstańczego pułku „Baszta”.
To właśnie młodzi żołnierze związani z „Basztą” stali się bohaterami filmu.
I tutaj Morgenstern podjął bardzo dobrą decyzję.
Do wielu ról zaangażował naprawdę młodych aktorów, wówczas studentów warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Dzięki temu nie oglądamy trzydziesto- czy czterdziestolatków próbujących udawać powstańczą młodzież. Oni rzeczywiście wyglądają jak bardzo młodzi ludzie, którymi w ogromnej części byli żołnierze Powstania.

Na ekranie pojawili się między innymi: Jerzy Gudejko, Ewa Błaszczyk, Tomasz Stockinger, Jan Piechociński, Tadeusz Chudecki, Wojciech Wysocki, Jarosław Dunaj, Krzysztof Gosztyła, Tomasz Dedek czy Andrzej Ferenc.
Wielu z nich dopiero rozpoczynało swoje aktorskie kariery.
Szczególnie dobrze przyjęto Jerzego Gudejkę w roli „Czarnego”. Jedna z ówczesnych recenzentek pisała, że miał w oczach „ogień”, inteligencję i entuzjazm charakterystyczne dla młodych ludzi tamtego pokolenia.

Jeszcze wierzą, że wszystko dobrze się skończy
Jedną z najmocniejszych stron filmu jest pokazanie nastroju młodych ludzi oczekujących rozpoczęcia walk.
Jest w nich napięcie, ale jest też ogromne podniecenie.
Padają nawet pełne młodzieńczego optymizmu przewidywania, że Powstanie może potrwać bardzo krótko. Dzisiaj słucha się ich zupełnie inaczej, wiedząc, że walka nie skończy się następnego dnia ani po kilku dniach.
My znamy zakończenie tej historii.
Oni jeszcze nie.
I właśnie ta świadomość widza sprawia, że zwyczajne rozmowy bohaterów nabierają zupełnie innego znaczenia.
Film kończy się cliffhangerem. Przewidywalnym cliffhangerem
Można mieć po seansie „Godziny »W«” pewien niedosyt.
Ledwie zdążymy poznać bohaterów, zapamiętać ich twarze i zorientować się, kto jest kim, a historia już zmierza do końca. Nie dowiadujemy się, jak potoczył się atak ani kto z nich przeżył kolejne godziny i dni.
Ale być może właśnie na tym polega siła tego filmu.
Morgenstern nie chciał opowiedzieć historii całego Powstania Warszawskiego. Pokazał jeden dzień, jeden oddział i kilka godzin oczekiwania na moment, po którym nie będzie już odwrotu.
O godzinie 17.00 padają pierwsze strzały.
Pluton „Czarnego” rusza do wykonania rozkazu.
I film się kończy, a jego dalszy ciąg znamy z podręczników, wspomnień i innych filmów.
„Zapach czasu”
Janusz Morgenstern mówił, że tematyki okupacyjnej nie traktował jedynie jako historii. Interesowały go przede wszystkim momenty przełomowe w życiu ludzi i całego społeczeństwa – wydarzenia pozostawiające po sobie ślady na następne dziesięciolecia.
„Godzina »W«” bardzo dobrze realizuje tę ideę.
Nie próbuje być wielkim wojennym widowiskiem. Jest filmem kameralnym, wręcz telewizyjnym. I właśnie dzięki temu możemy przez kilkadziesiąt minut znaleźć się obok młodych ludzi czekających na siedemnastą.
W 1980 roku film został doceniony na Festiwalu Polskiej Twórczości Telewizyjnej. Jerzy Stefan Stawiński otrzymał Złotego Szczupaka za scenariusz, a Janusz Morgenstern za reżyserię.
Dziś „Godzina »W«” pozostaje nieco w cieniu znacznie bardziej widowiskowych filmów poświęconych Powstaniu Warszawskiemu. A szkoda.
Nie pokazuje nam przede wszystkim tego, co wydarzyło się po godzinie 17.00 a jedynie ludzi, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej nie wiedzieli, co ich czeka.
Jest 1 sierpnia 1944 roku.
Dochodzi siedemnasta.
Za chwilę ich świat zmieni się na zawsze.
